Europejskie kino science fiction właściwie, zwłaszcza przy produkcjach amerykańskich, nie istnieje (na dowód tego można przeprowadzić eksperyment  proszę wymienić 5 filmów szeroko rozumianego sf, które powstały bez udziału producentów zza Oceanu*), dlatego też z poczucia obywatelskiego obowiązku staram się zapoznać się z powstałym dorobkiem. Tytuł, który chciałbym pokrótce omówić to dość wiekowy już i całkiem szeroko znany “Fifth Element” – science fiction akcji francuskiego reżysera Luca Bessona. Pokładając wiarę w opisie dystrybutora, który zresztą nie popisał się przy tłumaczeniu tytułu, pierwsze kilkanaście minut filmu wywołuje konsternację.

Okazuje się, że co 5000 lat budzi się nieposkromiona i niezrozumiała siła, której celem jest zniszczenie życia we Wszechświecie  Aby ją powstrzymać należy zgromadzić w specjalnym miejscu tytułowe pięć żywiołów (elementów), tj. ogień, wodę, wiatr, ziemię i boską istotę (Milla Jovovich). Kolejna data potencjalnego końca (wszech)świata przypada na XXXIII wiek, więc w czasie kiedy człowiek zdobył wiedzę i środki, by swobodnie odbywać podróże kosmiczne, zaś miasta zamieniły się w metropolie rodem z cyberpunku. Zadaniem ojca Vito Corneliusa (Ian Holm), który jest spadkobiercą i stróżem wiedzy o pięciu żywiołach, jest dokonanie rytuału i zapobiegnięcie końca cywilizacji. Podczas realizacji tego celu natknie się na przypadkowo wplątanego w intrygę Corbena Dallasa (Bruce Willis), taksówkarza, emerytowanego komandosa, oraz multimilionera Jean-Baptiste’a Zorga (Gary Oldman), który realizuje własne plany.

Leeloo (Milla Jovovich) w filmie „Piąty Element”

Zarys fabuły brzmi całkiem poważnie, jednak w pierwszych minutach filmu dzieją się dość niespodziewane rzeczy: na pustynię, gdzie pra-zastępca Corneliusa towarzyszy wyprawie archeologicznej, przylatują kretyńsko wyglądający kosmici w gargantuicznym, pionowo lądującym statku przypominającym ogromną fasolę. W kolejnych scenach (już w przyszłości) jest równie zaskakująco  bowiem flota ludzka (po drodze mijając terytorium kosmiczne oznaczone “bojami”) odnajduje wspomnianą “siłę” w postaci gigantycznej sfery, zaś po krótkim namyśle generał podejmuje decyzję (a jakże) bombardowania celu co kończy się anihilacją większości floty.

Niedorzeczne? Jak najbardziej, ale dokładnie o to chodziło. W moim odczuciu “Fifth Element” nie jest stricte science fiction akcji, bo taki opis pasuje do np. “Predatora” albo “Terminatora”, a komedią kryminalną w stylu “Zabójczej broni” przeniesioną w dość odległą przyszłość, za to z większą ilością absurdalnego humoru. Co prawda liczba gagów nie jest oszałamiająca, dlatego filmu nie należy traktować jak klasycznej komedii, jednak te zawarte w filmie są pierwszej klasy.

Ruby Rhod (Chris Tucker) i Corben Dallas (Bruce Willis)

Jak na francuski film obsada jest bardzo ciekawa i składa się z kilku amerykańskich gwiazd. Aktorstwo z całą pewnością nie oszałamia, jednak jest więcej niż poprawne i niezwykle przekonujące. Wyróżnić należy Millę Jovovich, której zdolności aktorskie można co prawda poddawać wątpliwości, wcielającą się w barwną postać Leeloo – istoty doskonałej, tytułowego piątego żywiołu (elementu) – która posługuje się “boskim” językiem wymyślonym przez Bessona na potrzeby filmu. Dzięki bogatej mimice twarzy oraz doskonałemu opanowaniu niezrozumiałej mowy postać nabiera życia i namacalnie odczuwalna jest inność kobiety. Pozostali bohaterowie są równie mocno zarysowani: lekko ironiczny, pewny siebie Corben Dallas, odrobinę demoniczny Zorg i ciapowaty ojciec Cornelius. Swoje pięć minut ma również Chris Tucker, który wcielając się w nadpobudliwego prowadzącego futurystyczny program rozrywkowy, jest jeszcze bardziej irytujący niż zwykle, co jednak doskonale pasuje do kreacji bohatera.

Przesiąknięty złem Zorg (Gary Oldman)

In plus oceniam również kreację świata, w którym reżyser zdecydowanie puścił wodze fantazji (sama Jovovich w jednym z wywiadów wyznaje, że “Fifth Element” to dziecięce marzenie Bessona). Większość elementów scenograficznych, takich jak: miasto przyszłości, statki kosmiczne, futurystyczna broń, obce rasy itp. pomimo pewnej dozy oryginalności można było już gdzieś zobaczyć w takiej czy innej formie, jednakże stroje niektórych bohaterów (jak np. stroje Leeloo czy kreacja Chrisa Tuckera) sprawiają niezwykle pozytywne wrażenie i są równie pomysłowe jak niedorzeczne, dzięki czemu doskonale wpasowują się w klimat filmu.

Podsumowując: “Fifth Element” jest świetnym przykładem rozrywkowego, zabawnego science fiction nieskrępowanego żadną głębszą myślą**. Poprawny scenariusz, dobre aktorstwo, ciekawy świat, barwne postacie oraz świetny humor sprawiają, że całość przyswaja się z dużą przyjemnością. Osobiście gorąco polecam.

* Mnie udało się przytoczyć po chwili namysłu następujące tytuły (kolejność przypadkowa): Seksmisja, Fifth Element, Moon, Mr. Nobody, Hell, Iron Sky, Melancholia, Metropia, Podróż na księżyc.

** Aczkolwiek okazuje się, że można snuć głębokie rozważania nawet na temat takiego filmu (można się o tym przekonać, o tu: http://film.org.pl/a/analiza/piaty-element-15304/). Osobiście odbieram to jednak jako przerost formy nad treścią i bardziej jest analizą kulturową niż filmową.

Fifth Element, reż. Luc Besson, wyk. Bruce Willis, Milla Jovovich, Gary Oldman, Ian Holm, Chris Tucker, Francja 1997
filmweb.pl – 7,4/10

imdb.com – 7,6/10